środa, 14 stycznia 2015

3.

*oczami Rose*
Tak jak ojciec planował tak się stało: o ok. 10:00 przyjechał pierwszy turnus. Nie widziałam jeszcze osób, które przyjechały i w najbliższym czasie nie miałam ochoty ich widzieć. Popsuli mi całe wakacje.
Słyszałam jak wchodzili i zajmowali łóżka. Każdy się śmiał i robił dużo hałasu. Kiedy głosy ucichły chciałam wyjść z pokoju w którym dotychczas byłam. Otwierając drzwi wpadłam na wysokiego chłopaka, może w moim wieku.
-Widziałaś Victorię?-spytał.
-Kogo?!-odsunęłam się i spojrzałam na niego.-Nie znam tu wszystkich, dopiero przyjechaliście. Pewnie jest w pokoju.-dodałam i ominęłam go kierując się do pokoju mamy.
-Mamo! Nie dam rady, ich jest za dużo! O której zaczynam te zajęcia?-rzuciłam na wejściu.
-O 12:00.-jęknęłam.-Spokojnie, dzisiaj tylko zapoznanie się z planem dnia, końmi...-szepnęła i przytuliła mnie.-Dasz radę?
-Eh... Dam.
***
-Dobra, są wszyscy?-policzyłam pod nosem.-Są. Okej, zaczynamy. Na tym obozie nauczycie się opieki nad koniem, podstawowych zasad, będziecie mieli też zajęcia teoretyczne z kowalem, weterynarzem i .... ze mną- rzuciłam niechętnie. Zaraz poznacie swoje konie. Chodźcie.-rzuciłam i zaprowadziłam wszystkich do stajni.-Każdy z was będzie miał swojego konia, oprócz dzieci poniżej 8 lat, wy będziecie mieć cztery kucyki, Tu jest Iskra, Lissi, Coco i Bambo.-zrobiłam sztuczny uśmiech, wskazując na cztery kolejne boksy. Wyjęłam kartkę z kieszeni i czytałam po kolei.-Elisa: Arena, tutaj. Anna: Gracja, o ten. Victoria: Orka.-to chyba o tą Victorię chodziło...-Patrick: Ekler, ten. David: Fordi...-to ten chłopak, który na mnie wpadł. Kiedy już przeczytałam, dodałam.-Moja klacz to Karina. Jutro nauczycie się opieki nad koniem, od porannego karmienia, do wieczornego odpoczynku. Oprócz tego będziecie też mieli pierwszą jazdę zapoznawczą, na której ja z moim ojcem ocenimy na jakim poziomie jesteście. Przy wejściu do pokoju, wisi kartka z planem. Zapoznajcie się z nią - rzuciłam wychodząc.
***
Halo! Wy się dobrze czujecie?! Wstawać!!! - krzycząc wparowałam do pokoju.
- Co... Co się stało- odezwała się jakaś dziewczyna.
Czy oni muszą być tacy nie poważni?! Proszę niech ten obóz już się skończy....
- Kto ma dyżur?! - zapytałam nadal krzycząc.
Ich miny mówiły same za siebie.Nikt się nie orientuje. Boże.
- Elisa i David. Szybko! A reszcie radzę czytać plan- burknęłam i wyszłam.
Załamana usiadłam na kanapie. I czego ja mam ich uczyć? Bo chyba nie czytania. Spojrzałam na zegarek: 7:36. Fajnie, ponad pół godziny spóźnienia.
W tym momencie przede mną stanął ten chłopak. Był ubrany w brązowe bryczesy, nową koszulkę polo, skórzane rękawiczki, i toczek. To musiało być strasznie drogie. I taki bogaty chłopak przyjeżdża na obóz konny, i do tego do mnie? Aha.
- Ok. Wszyscy są. Więc tak, wytłumaczę Wam teraz co i jak macie robić. bo widzę, że niektórzy nie umieją czytać- byłam zła. Rano dyżur zaczyna się o siódmej. I o tej godzinie spotykamy się tutaj. Resztę wytłumaczę Wam później. A teraz chodźcie - wysunęłam rękę przed siebie, wskazując kierunek, w którym mają podążać.
***
- Dobrze. Cały dyżur polega na tym, że trzeba nakarmić konie, i ogarnąć w stajni- oznajmiłam
- Aaa... Czym mamy to robić?- zapytał ten blondyn. Chyba miał na imię David..
- Eee... Tu masz grabie, ale najpierw chodźcie pokażę Wam jak się przygotowuje jedzenie- uśmiechnęłam się, chyba zaczynam ich lubić, przynajmniej Elisę.
- Hahahhahaha co to jest? - Elisa zaczęła jeść owies. Wyglądało to bardzo śmiesznie, więc też zaczęłam się śmiać.
- O..w..i..e..s.- odparłam przez śmiech.
Rzuciłam garścią owsa w Davida. On mi oddał. Tak rozpętała się "wojna na owies"
- Ok. Ogarnijmy się - uśmiechnęłam się
Przeleciałam wzrokiem całą stajnię, oj będzie dużo sprzątania - zaśmiałam się.
Patrzcie: Tu jest owies, chyba to już doskonale wiecie - oznajmiłam z uśmiechem, Tu otręby, kukurydza i wysłotki z buraków. Wszystkie wiadra są podpisane, więc nie powinno być problemu z ich rozpoznaniem- oznajmiłam już poważniej. Do wszystkich wiader, oprócz niebieskich- bo są to wiadra kucyków, wsypujemy po 0,75 l owsa, 0,5 kukurydzy i wysłotków. Rano nie dajemy otrębów, dużym koniom. A teraz kucyki: Do wiader kucyków wsypujemy 0,5 l otrębów i kukurydzy, Wszystko dokładnie mieszamy. Nic nie może być suche.
Gdy oni zabrali się za mieszanie, ja poszłam do Kariny.
- Hej kochana - powiedziałam cicho. Co tam u ciebie? - cicho parsknęła. Uśmiechnęłam się. Kocham ją!
Nie mogłam dłużej cieszyć się tą chwilą bo zaraz ktoś mnie zawołał.
- Rose! Już!- usłyszałam damski głos. To była Elisa,
Ruszyłam w ich stronę.
- To teraz dajcie mi wiadro Kariny. Pokażę Wam na jej przykładzie jak się to robi.
David podał mi wiadro.
- Dziękuje - odpowiedziałam z grzeczności.
Zobaczcie, otwieracie zasuwę wchodzicie, wsypujecie i wychodzicie. Nic trudnego. A teraz Wy. - pokazałam na inne konie.
Nakarmienie reszty zajęło im jeszcze 10 min.
- Eee... A teraz chyba trzeba tu posprzątać- dziewczyna popatrzyła na stajnię.
- No tak. Macie tu są grabie i zamiatamy. Podałam im grabie. Zamiatanie zajęło nam 20 min.
Dobra a teraz idźcie do pokoju, za 30 min jest śniadanie. Patrzeć na plan!!! - krzyknęłam wchodząc do swojego pokoju.

wtorek, 13 stycznia 2015

2.

*oczami Davida*
Niekiedy wstawałem przed szóstą, aby zdążyć na zajęcia dodatkowe, które często rozpoczynały się nawet o 7:00. Tego dnia nie mogłem poleżeć nawet do piątej.
Obudziła mnie mama, która wparowała o 4:00 do mojego pokoju wyciągając walizkę i ubrania z garderoby.
-Mamo...-szepnąłem i przeciągnąłem się po całej szerokości łóżka. 
-O siódmej masz autokar. Jedziesz na obóz, musimy na kilka dni wyjechać a nie zostawimy cię samego w domu. Nauczysz się czegoś nowego...
-Jaki obóz?-jęknąłem.
-Jeździecki. To kilkadziesiąt kilometrów stąd, a ty nigdy nie jeździłeś na koniach. Kupiłam ci wszystko co potrzeba: sztyblety, bryczesy i nową koszulkę polo. No i toczek.
Jacy oni są naiwni... Myślą, że wynagrodzą mi ich nieobecność przez pieniądze... To przez nich w oczach innych jestem rozpieszczonym, rozwydrzonym piętnastolatkiem, który nie wie na czym mu dupa jeździ.
Niechętnie wstałem i poszedłem do kuchni po kawę. Byłem od niej uzależniony - nie wyobrażam sobie poranka bez niej. Zapachniało w całym domu kiedy tylko otworzyłem paczkę. 
Usiadłem na blacie kuchennego stołu i słuchałem jak moja mama pakuje mnie na kolejny wyjazd. Zawsze z tatą obiecują, że to ostatni w tym roku... A potem znowu gdzieś wyjeżdżają. Chciałbym, żeby naprawdę mnie kochali. 
-David! Chodź, tata zaraz z tobą wyjeżdża na przystanek dla busów. Weź co jeszcze ze sobą chcesz.
Niechętnie wyszedłem z kuchni. 
Zabrałem telefon, słuchawki, ładowarkę i tablet, rzeczy, bez których nie potrafię wyobrazić sobie dnia. Włożyłem je do nowej torby zakupionej także specjalnie na ten wyjazd.
Szkoda, że dowiedziałem się o nim dwie godziny przed wyjazdem.
Ale to już dla mnie nie nowość.
Śniadanie zjadłem w aucie. Zabrałem mus jabłkowo-bananowy i świeżego rogala. Moje ulubione połącznie. Jadąc na przystanek dla busów byłem przekonany, że tak jak zawsze poznam osoby podobne do mnie. Po raz pierwszy się pomyliłem.
Czekał na mnie autokar pełen dzieci w różnym wieku: były osoby siedmioletnie, jak i kilka w moim wieku. Jednak ani jednej osoby, która byłaby pozostawiona sama sobie przez rodziców tak jak ja. Tata pojechał zaraz po tym, gdy wysiadłem. Wszędzie chodziły matki i przytulały dzieci, mówiły, że będą dzwonić... Pomyślałem, że to będzie trudny tydzień. 
Zajałem miejsce przy oknie, założyłem słuchawki i włączyłem muzykę. Zanim skończyła się pierwsza piosenka dosiadła się do mnie jakaś dziewczyna.
-Hej. Jestem Victoria. A ty?-spojrzała na mnie.
Musiałem zdjąć słuchawki. Ładne oczy, długie czarne włosy... Niech będzie, chwile pogadam i znów wrócę do muzyki. 
-David.-podałem jej rękę. Chyba była zdziwiona, ale odwzajemniła gest.
-Jeździłeś już kiedyś na koniach?
-Nie, jadę pierwszy raz. 
Zmrużyła oczy i zamyśliła się.
-To chyba nie była twoia decyzja.-powiedziała po chwili.
-Co?
-No ten obóz. Patrzyłam na ciebie od początku jak tu...-przerwała i zaczerwieniła się.-Nie, żebym patrzyła tak wiesz, ja tylko, to tak poprostu, bo wiesz... Ty chyba nie miałeś ochoty, bo tak sam, znaczy nie do końca...
Nie miałem ochoty ciągnąć tej rozmowy. Chce już posłuchać muzyki. Proszę zamknij się.
-Nie ważne.-przerwałem jej w końcu.-Ile masz lat?
-Czternaście, a ty?
-Piętnaście.-powiedziałem i założyłem słuchawki na uszy. Nareszcie. Muzyka i spokój.
-Czego słuchasz?-aha, czyli nie do końca.
-Muzyki, okej?!-odpowiedziałem prawie krzycząc. Założyłem słuchawki z powrotem i zamknąłem oczy. Nie no, chyba to było chamskie. Nie będę przepraszał, ale trochę mi jej szkoda. Pogadam z nią, niech już jej będzie. Przerwałem muzykę i spojrzałem obok siebie.
Pusto.
-Victoria? Victoria, gdzie jesteś?-wstałem z miejsca i chciałem rozejrzeć się po autokarze.
-Siadaj.-usłyszałem tylko od kierowcy. Ehh...
Popatrzyłem przez okno. Totalna wieś. Mam nadzieje, że to nie...
-Już jesteśmy! Wysiadamy!
...nasz cel.

1.

*oczami Rose*
-To jakbyś tłumaczyła małemu dziecku jak się jeździ. Całkowite podstawy. Dasz radę.-powiedział ojciec i poklepał mnie po ramieniu. 
Mieszkam z rodzicami poza miastem. Pasję do koni odziedziczyłam od ich obojga. Mieszkało się świetnie, dopóki tatuś nie wymyślił obozów. "Podzielimy się pasją z innymi", powtarzał. Szkoda, że nie zapytał się mnie o zdanie. 
-Ale tato, naprawdę nie chcę uczyć jakiś bachorów jak wsiadać na konia!
-Nie chcesz, ale musisz. Poza tym to nie tylko bachory, jest kilka osób w twoim wieku.
-Jaka osoba w wieku piętnastu lat wpadła na tak genialny pomysł jak nauka jazdy na koniu? To trzeba pokochać od początku, tak poprostu nie da się rady, szczególnie przy takim nauczycielu jak ja. 
Ojciec spojrzał na mnie poważnym wzrokiem.
-Nie dyskutuj. To już postanowione, nie masz nic do dodania.-powiedział i powrócił do czyszczenia Kariny. (Karina była moją klaczą, nie wiem wgl po co ją czyścił) 
Rzuciłam zgrzebłem i wyszłam ze stajni. W brudnych butach, w ubraniu na konie i nieuczesanych włosach rzuciłam się na łóżko. Co mu do cholery przeszkadzało życie bez tych obozów?! Wzięłam telefon i zadzwoniłam do Nicole.
Jako że moja szkoła była oddalona od domu o 15 kilometrów, nie miałam z kim się spotykać po lekcjach. Jedyną osobą mieszkającą ode mnie w odległości do zniesienia była właśnie Nicole. Została moją najlepszą przyjaciółką na początku gimnazjum. Jako jedyne się dogadywałyśmy.
-Nie zgodził się...-powiedziałam.
-Zawsze możesz na czas obozu przyjechać do mnie.
-Będę ich uczyć.
-Co?! Czyli...
-Czyli podstawy. Tak, dokładnie. Oddzwonię, papa.-odłożyłam telefon i popatrzyłam na wchodzącą do mojego pokoju mamę.
-Słucham.
-Rose, wiesz, że ojciec zawsze chciał zrobić te obozy. Wytrzymasz. Za trzy lata będziesz mogła decydować sama, czy chcesz uczyć te dzieci.
-Pewnie i tak ojciec każe mi to zrobić. Super.
-Nie możesz się denerwować. Jutro przyjeżdża pierwszy obóz. Idź posprzątaj boksy i stajnię. 
-Co?!-byłam mega wkurzona. Mieli być za w przyszłym tygodniu.-Mamo, ale...
-Już. Koniec. Postanowione. Będą spać w twoim starym pokoju, zrobimy z niego pokój gościnny -powiedziała 
-A, i jeszcze nakarm konie - rzuciła wychodząc.